Wpisz słowo kluczowe

Potrzebuję jakiejś zmiany.

Potrzebuję jakiejś zmiany.

Czuję, że potrzebuję jakiejś zmiany. Że utknęłam w jednym punkcie i nie wiem co dalej.

Bardzo nie chcę się porównywać do innych. Podobno nie powinno się. I tak, zdecydowanie wolę spojrzeć sobie w oczy i być szczera z samą sobą. Co mi wyszło? A co poszło nie tak? Co okazało się niewypałem? Wiosna jest dobrym czasem na podsumowania. Szczególnie, gdy wiosna to zapach świeżo rozkwitniętych bzów w bezchmurny dzień przy 26 stopniach w cieniu – tydzień po tym, jak padał śnieg, a mama przez telefon mówiła z ulgą, że jeszcze nie zmieniła opon.

Wiosna sprzyja podsumowaniom.

Dwa lata temu napisałam wpis o kryzysie wczesnej dorosłości. Wykrzyczałam wszystko, o co miałam żal. Że my młodzi jesteśmy hołubieni, trzymani w ciepełku, otoczeni bezpieczeństwem i pomocą od naszych bliskich. A potem rzuca się nas na głęboką wodę, bo „przecież dawno powinniśmy nauczyć się pływać. Co z tego, że nikt nas pływać nie uczył”. Czy to coś zmieniło? Czy zaakceptowałam siebie? Czy poradziłam sobie lepiej? Ktoś napisał:

„Niby jest w dzisiejszych czasach w chuj dużo możliwości, ale mnie to przeraża, bo mam wrażenie, że jestem beztalenciem. (…) Zezgredziałem w tak młodym wieku i uzależniłem się od myslenia, analizowania, zamartwiania się… Chciałbym czuć sens życia, nie czuć ciągłej niepewności, dyskomfortu, smutku, pozbyć się ciężkich zwątpień, być dla siebie wyrozumiały, wiedzieć czym chcę się zajmować w życiu i czuć się po prostu szczęśliwie, ale zawsze jest jakieś „ale”, bo jedynie widzę jak czas zapierdala, wszystko dookoła się komplikuje i wszyscy zaczynają wymagać ode mnie wielu trudnych rzeczy.”

Może wszyscy przez to musimy przetrwać? Dostaliśmy plan, według którego mamy iść, a dalej musimy nauczyć się sami planować. Czy te uczucia bezradności mijają? Nie wiem jeszcze. Czasem myślę, że trzeba nauczyć się z nimi żyć. Czasem myślę, że wystarczy zacząć coś robić. Czas zapierdala. Może wystarczyłby spacer po lesie albo piwo ze znajomymi? Albo dobra terapia?

Potrzebuję zmian. Przeprowadziliśmy się. Siedzę na balkonie, słyszę śpiew ptaków przeplatany dźwiękami koparki i krzykami robotników. Kilka siarczystych przekleństw co jakiś czas to nic w perspektywie nowej, pięknej drogi, nowych bloków i nowego, zielonego osiedla. Chce mi się tu być, a jednocześnie (i trochę dzięki temu) chce mi się całe życie wywrócić do góry nogami. O ile życie posiada jakieś nogi.

Chcę coś zmienić, coś zrobić. Coś dać od siebie. Ale czuję, że powinnam przynajmniej wiedzieć co.

Powinnam wiedzieć co robić, gdzie iść, zwyczajnie wiedzieć co dalej.

A może tak naprawdę nikt tego nie wie i wszyscy chodzimy po omacku licząc na to, że nam się poszczęści?

Blogerka. Perfekcjonistka. Fascynuje się robieniem zdjęć gołębiom i czasem ludziom. Za dużo współczuje, za mocno przeżywa. Nie znosi hejterstwa. Najchętniej zapobiegła by wszystkiemu.

Może Cię zainteresować

  • Ja mam jakieś odwrotne wrażenie. Jak patrzę na życiorysy moich rodziców i dziadków to my mamy ogromny przywilej bycia dziećmi tak długo jak nam się podoba.

    Bez dzieci, stałego miejsca zamieszkania, stałej pracy, stałego kredytu i obowiązkowego samochodu, którym musimy codziennie dojeżdżać do pracy na 6.30

    I ten brak „stałej” sprawia że z jednej strony my mamy łatwiej bo ciągle coś możemy (i potrzebujemy) coś zmieniać, a z drugiej strony oni mieli łatwiej, bo nie trzeba było się zastanawiać: było oczywiste, że 20 lat pierwsza praca, 22 pierwszy awans, 24 pierwsze dziecko, 30 pierwsze własne mieszkanie, 35 pierwszy kredyt na samochód, 40 pierwsze: „jestem już za stary”.

    Mnie w takich chwilach jak Twoja pomaga spotkanie się ze znajomymi z przeszłości, z którymi nie gadałam milion lat. Zawsze jakoś pozytywnie mnie nastrajają. A to udowadniają mi jakie moje życie jest ciekawe i pełne przyjemnych niewiadomych, a to inspirują do bycia bardziej-lepiej-dalej tak jak oni. Tak czy siak zawsze wynika z tego jakąś mikrozmiana. Albo w moim nastawieniu do siebie, albo moich małych celach do osiągnięcia.

  • Torgan

    Dopiero teraz zobaczyłem, że napisałaś tekst z myślą o mnie. To bardzo miłe, nigdy mi się to nie zdarzyło, ale na tyle trudne (biorąc pod uwagę temat), że nie wiem, jak się wobec tego zachować. A teraz „Gorzkie Żale, część 2 – mam nadzieję, że ostatnia. Niezłe synchro odczuwam w związku z zobaczeniem przeze mnie teraz tego posta, biorąc pod uwagę to, że dzisiaj spotkałem przypadkiem kolegę, który mi dzisiaj dał do myślenia w kwestii mojego życia i przyszłości, tyle że o wiele dobitniej niż Ty, czym wywrócił mój humor do góry nogami i spowodował u mnie ogromną rozsypkę. Wiem, że chciał dobrze, ale wywołało to u mnie większy strach, bo trafił w moje… nie wiem, „ja”? Sprawił, że moja niska samoocena, sceptycyzm wobec wszystkiego i rozterki egzystencjalne się pogłębiły. Jak bym miał się rozpisywać nad tym, dlaczego, by wyszło jedne wielkie TL;DR. W jakimś stopniu i tak wyjdzie. Też się czasem zastanawiam, że to może ma tak wszystko być, ale jednak szybko u mnie powraca wtedy pesymizm, sceptycyzm i strach przed upadkiem, samotnością, porażką, po prostu życiem i mnie to zupełnie ogarnia. Paradoksalnie w sytuacji, której nie mam z kim o tym pogadać, a tak jest najczęściej, też się czuję samotny, mam wrażenie, że odpycham tym ludzi od siebie, że jestem wtedy wrogiem wręcz, że coś jest ze mną nie tak. Bo nie widzę w tym krótkim mgnieniu, jakim jest życie, sensu. Bo nie umiem pogodzić się z życiem, takie, jakie jest w swym wiecznym trudzie, noszeniu przede wszystkim psychicznego ciężaru odpowiedzialności i innych ciężarów. I jak wtedy mam czuć, że coś więcej mnie łączy z innymi, obcymi mi ludźmi, których mijam codziennie na ulicach, w budynkach, w autobusach, których widzę w necie czy tv? Najgorsze jest to, że nawet jakbym umiał żyć, mówić na głos to co czuję, być odważnym, utalentowanym itd, i tak byłbym samotny. Wszyscy tak naprawdę jesteśmy kurwa samotni. Wiem, że się męczę z takim siłowaniem się ze sobą i wszystkim dookoła. Wiem, że krzywdzę innych i samego siebie. Wiem, że nikt mi nie pomoże, bo tylko ja sam wiem w dużym stopniu, jak sobie pomóc, a przynajmniej – tak mi się wydaje. Tyle że nie potrafię tego wszystkiego zaakceptować, tego, że to wszystko przemija tak szybko, że my jesteśmy aktorami, że nie wiemy nic o sensie życia pomimo wysiłku tysięcy lat filozofii, którą zaczynam zgłębiać, ale wątpię, że znajdę w niej pomoc, że nie wiadomo, co jest po śmierci… Nie potrafię zaakceptować tego, że jestem kolażem wszystkich wad mojej mamy, siostry, a szczególnie ojca, który i tak ze mną nie mieszkał i który mnie nie wychowywał…. Absurd tego życia powoduje u mnie rozpacz, a tak silnie potrzebuję sensu, który odczuwałem w dzieciństwie… Teraz wszystko z brzydło od nadmiaru bolesnej świadomości prawdy. Dobra, zakończę to lepiej teraz, bo ten cały „wywód” 20-latka o życiu może stać się jeszcze gorszy z każdą mijajacą sekundą. Chcecie, to komentujcie to w dowolny sposób, od współczucia po gruby „pojazd” po mnie, lepszy od dzisiejszego „pojazdu” mojego kolegi – wszystkiego się spodziewam (szczególnie hejtu), tylko błagam, nie piszcie nic o psychologach, albo o tym, że inni mają gorzej, bo to w ogóle nie pomaga…..

    • Byłam kiedyś bardzo nieszczęśliwa. Myślałam, że tak ukazała mi się szczera prawda o świecie i o mnie. Byłam przekonana, że mam rację. To był błąd. Wszystko, co we mnie się uzbierało, cały żal, ból i nieszczęście przekłamywało moje własne myśli. Nie wiedziałam co jest prawdziwe – czy to nieszczęście, z którym żyłam, czy te ułamki sekund w których potrafiłam się śmiać.

      Być może jesteśmy do siebie podobni. Być może jesteś jedną z tych osób, co są trochę bardziej wrażliwi.
      Z tym uczuciem można sobie poradzić, ale nie wiem, czy jest to możliwe bez drugiej osoby. Jakiejkolwiek osoby, chociaż wiem, że nie każdy przyjaciel jest gotowy rzucić się na samo dno. Są takie myśli, które najlepiej wypowiedzieć do kogoś, kto zrozumie bez niepotrzebnego martwienia się.

      • Torgan

        Właśnie przed chwilą wygadałem się mamie z tego, co mnie w skrócie męczy, czego zazwyczaj nie robię z obawy przed niezrozumieniem. Nie dała mi nic oprócz prostych rad (które tak łatwo komuś mówić, a mnie to tak denerwuje…) opartych na (być może) jej doświadczeniu. Niewiele mi ta rozmowa pomogła, bo jest we mnie nadal dużo sceptyzmu do siebie i wszystkiego dookoła (na bank są lepsi ode mnie w tej działce). Chyba więc bez różnicy by było, czy bym z nią pogadał, czy nie. Może czułbym większą beznadzieję, gdybym nic jej nie powiedział i tradycyjnie zdusił to w sobie. Ale nadal ją czuję, mimo wszystko… Czyli w sumie przeżywam to, co Ty kiedyś przeżywałaś. Tyle, że nie mam przyjaciół – ja tak nie odczuwam, a znajomych, których mam wrażenie, że stracę, jeśli jeszcze raz co niektórym z nich się wyżalę. Chyba mam tak z większością ludzi. Muszę tak jak większość ukrywać prawdziwą część siebie, pełną rozterek, i zakładać na siebie maskę i udawać. W grupie na studiach jest to bardzo widoczne. Bo po co właśnie krzywdzić tym kogoś, męczyć tym go i trwonić jego czas Tylko sam ze sobą jestem szczery, najczęściej sam ze sobą rozmawiam w myślach (jak wszyscy ludzie raczej). Obawiam się, że przyjaciel ze mnie żaden, a co dopiero mówić o byciu dobrym partnerem do związku. Oprócz mojej mamy zdarzają się ludzie, w którzy życzą mi jak najlepiej, czasem widząc we mnie potencjał. Tyle, że często czuję się od nich gorszy, biorąc pod uwagę to, jaka przepaść mnie od nich dzieli – czy to przez wiedzę czy wygląd, czy charakter. No i co – teoretycznie wiem, że nie powinno się porównywać do nich, tylko do siebie… teoretycznie… To życie jest popierdolone

        • Myślę, że każdy potrzebuje nauczyć się siebie i szczęścia. Widzę, że się starasz i mogę powiedzieć Ci jedno – warto. Bo nadejdzie taki dzień, kiedy ta beznadzieja minie. Czasem trzeba do tego terapeuty, czasem leków, czasem dużej ilości rozmów. A z rozmową bywa tak, że po nich nie zawsze poczujesz się lepiej od razu, ale każda robi mikrozmiany w naszych głowach, które opłacą się z czasem.

      • Torgan

        „Nie wiedziałam co jest prawdziwe – czy to nieszczęście, z którym żyłam, czy te ułamki sekund w których potrafiłam się śmiać.” Też potrafię się śmiać, żartować, mieć dobry humor, ale ilekroć myślę o tym, że to tymczasowe, staję się smutny. I też nie wiem wtedy, co jest prawdziwe…